XIV Rajd Bohater
śladami Tadeusza Łopuszańskiego
Dąbcze - Rydzyna
18 - 19 kwietnie 2009



"Bohater" to rajd harcerski, ale nie tylko dla harcerzy. Mogą brać w nim udział także cywile. Aby zgłosić w nim swój udział, wystarczy zebrać tylko siedmioosobowy patrol z pełnoletnim opiekunem. Na studiach z tym problemu raczej być nie powinno. Niestety Harcerski Krąg PWSZ miał problem z zebraniem ekipy. Właściwie na szczęście dla mnie. Ponieważ z komendantką Kręgu dh. Anią znam się już jakiś czas, zadzwoniła do mnie i poprosiła, abym przyłączyła się do nich. Początkowo się wahałam, przerażała mnie sama myśl o dystansie, jaki było nam przeznaczone pokonać, ale w końcu się zgodziłam. Teraz wiem, że faktycznie strach ma wielkie oczy. Zgoda na przyłączenie się do Kręgu na czas rajdu była moją najlepszą decyzją minionego tygodnia. Mam nadzieję, że ten artykuł uczyni w waszych oczach harcerzy bardziej ludzkimi, bo wbrew pozorom nie są dinozaurami i nie wyginęli. Istnieją. Po chwilowym uśpieniu powstają niczym feniks z popiołów.

18.04.2009 - Sobota
9.00 - 10.00 - apel - rozpoczęcie rajdu
Biorąc pod uwagę, że mieszkam rzut beretem (dosłownie) od SP Dąbcze, gdzie miało miejsce rozpoczęcie, niemożliwym było moje pojawienie się o czasie. Trzyminutowe spóźnienie zostało mi wypomniane przez resztę mojego patrolu - Harcerski Krąg PWSZ - KAPSEL (nazwa powstała w trakcie tego rajdu) (liczebność Kręgu na rajdzie 7+1). Apel wcale nie trwał do 10. I biorąc pod uwagę schemat apeli, z którymi stykałam się do tej pory w gimnazjum czy liceum, trudno mi tu uznać zasadność tego określenia. To był właściwie meldunek patroli gotowych do wymarszu. No i jeszcze krótkie obowiązkowe wprowadzenie komendanta rajdu - phm. Piotra Majorczyka. Po chwili zastanowienia jednak nazwę to mini apelem. W tym miejscu warto się zatrzymać na chwilę, by wspomnieć jeszcze, że Krąg miał problemy ze skompletowaniem drużyny... WRÓĆ! PATROLU, ponieważ 3 kadry rajdu stanowiły jego członkinie (dh. Małgorzata, dh. Iwona i dh. Karolina), nie mogły tym samym brać w nim udziału w roli zawodniczek.

10.00 - 12.00 - pokonanie trasy, Dąbcze-Rydzyna
Zaczęło się o 9.15 a nie o 10, jak głosi plan, ale to szczegół. Trasa według mnie mało atrakcyjna. Ponieważ znam okolice, które przy jej pokonywaniu można było podziwiać, mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że bez większej trudności można by poprowadzić ją inaczej. Zamiast przez mało ciekawe pola, którym towarzyszy zapach prawdziwej wsi (kwiatkami nie pachniało), mogła prowadzić przez piękne, pachnące sosną lasy dąbieckie. Dla mnie trasa ta była ogromnym rozczarowaniem. Minus dla jej autora. Ponieważ wszystkie nasze zadania były punktowane w skali od 0 do 10, za trasę przyznaję organizatorom 3 punkty. W celach rajdu wymieniono "ukazanie walorów turystycznych gminy Rydzyna" oraz "pogłębianie i doskonalenie wiedzy harcerskiej". Wytyczona trasa odstrasza raczej niż zachęca turystów (1/3 trasy wiodła wzdłuż obornikowych gór - mało przyjemne doświadczenie, ale jak tych gór nie było widać ani czuć to nawet całkiem miło się maszerowało.), a jedyną wiedzę harcerską, jaką można było pogłębić to umiejętność rozszyfrowania kilku zdań, przy czym klucz do szyfru został podany, czyli właściwie nie trzeba było się wiedzą z zakresu kryptografii wykazywać. No i jeszcze trasa była śmiesznie prosta. Dosłownie prosta, nie licząc kilku zakrętów i skrzyżowań, na których nie można było się zgubić, choćby się bardzo chciało. Dlaczego więc przyznałam aż trzy punkty? Ponieważ, mimo że trasa była śmiesznie prosta, jedna z uczestniczących grup i tak źle skręciła i zabłądziła. To nie mogli być harcerze, bo "Harcerze nigdy nie błądzą. Harcerze zwiedzają.". Dodam jeszcze 1 punkt za długość trasy - 10 km to rozgrzewka godna harcerza. I jeszcze ze 2 dodam za to, że inni uczestnicy byli mniej negatywnie ode mnie do tej trasy nastawieni. Razem 6 punktów.

12.00-12.30 - zakwaterowanie w Gimnazjum w Rydzynie
Tradycyjne obozowo-rajdowe zakwaterowanie: szkoła, w tym przypadku Gimnazjum im. Sułkowskich w Rydzynie. Klimat jak zwykle - koedukacyjna klasa, podłoga, cienkie materace, śpiwór we własnym zakresie, ale ważne że sucho, ciepło, jest łazienka i prysznic (Z relacji moich współrajdowiczów wiem, że prysznic należy do rzadkości na takich imprezach.). Gorąca herbata, ciepła woda. 8 punktów (Brak wrzątku początkowo utrudnił przygotowanie podstawowego rajdowego posiłku - zupki chińskiej, ale że nie ma sytuacji, w której harcerz by sobie nie poradził, również problem braku wrzącego wrzątku został rozwiązany.) Nasz Krąg właściwie na zakwaterowanie nie może narzekać. 8 osób w świetlicy to luksus. Współczucia dla 10 DH z Dąbcza - na takiej samej powierzchni nocowało pięć razy więcej osób. Nie wiem jakie warunki miały inne ekipy, ale ponieważ kiedyś należałam do "dziesiątki", za ich niewygodę (spanie "na łyżeczkę" i zmiana pozycji w nocy na komendę "łyżeczka na prawy bok", względnie "łyżeczka na lewy bok") odejmę 2 punkty. Łączna nota za ten etap - 6 punktów.
12.30 - 13.00 - obiad
Uff... nie było grochówki ;) 8 punktów (Obiad był dobry jak na stołówkowe standardy, ale druhna Ala nie lubi spaghetti ;)).

13.00 - 19.00 - gra terenowa
20 km marszu to nie gra - to ciężka praca. Ale porównując z trasą startową... Nie, tego nie można porównywać. Ok. 3/5 trasy poprowadzone zostało pośród pięknych łąk i lasów (Widok przyrody budzącej się do życia - bezcenny.). Szkoda tylko tych 40% drogą asfaltową... No ale nie można narzekać na wszystko. Dla organizatorów za całą trasę - 7 punktów.
Na tej trasie zorganizowano 6 punktów kontrolnych. Naszym zadaniem było dotrzeć do nich (oczywiście pieszo), aby wykonać tam punktowane zadania. Do dyspozycji mieliśmy mapę trasy, kompas i własną wiedzę. Trudność trasy jak wyżej. Przynajmniej jak dla mnie, bo w tych terenach również się mniej więcej orientuję. Ale i bez mojej orientacji Krąg by sobie na pewno poradził. W końcu czytanie mapy dla harcerza trudnością być nie powinno, a i kierunki można było łatwo wyznaczyć dzięki słońcu i drzewom rosnącym wzdłuż drogi. No i oczywiście był kompas oraz igła. Pierwszym punktem na trasie był cmentarz w Rydzynie. Żeby zgubić się na tym odcinku trasy, trzeba by być stereotypową blondynką. Gorzej z zadaniem. Odnaleźć grób patrona rajdu - Tadeusza Łopuszańskiego. Ale daliśmy sobie radę ;) Po zameldowaniu wykonania zadania, wyruszyliśmy marszowym krokiem (Lewa! Lewa! Lewa, prawa, lewa!) w dalszą trasę.

Kłoda to bardzo dłuuuuuuuuuuga miejscowość. Zdaje się nie mieć końca. Ale, jak to się mawia, w kupie raźniej. Wesoło się maszerowało, wymieniając się doświadczeniami obozowymi, kursowymi, kawałami (Co ma harcerz w spodniach? Chodzić.) itp. Szczególnie dla mnie było to interesujące doświadczenie. Jedyna reprezentantka ekonomii w gronie pedagogów. Surrealistycznie, ale ciekawie. Po wielu "daleko jeszcze" dotarliśmy do drugiego punktu kontrolnego. Zadania - samarytanka (maksimum punktów) i wyznaczenie azymutu (Tylko 5 punktów, bo posłużyliśmy się kompasem. Niestety nie poinformowano nas, że jeśli wyznaczymy azymut wierzby, korzystając z kamienia lub chociażby zegarka, dostaniemy więcej.). W sumie 15 punktów. Mówi się trudno i żyje/ idzie się dalej.

Słońce piekło coraz bardziej. Zapas wody pitnej systematycznie malał. A końca nie widać. Lewa! Lewa! (Daleko jeszcze?) Lewa, prawa, lewa! Gdzie strumyk płynie z wolna, rozsiewa zioła maj, stokrotka rosła polna, a nad nią szumiał gaj... Sto-krot-ka ro-sła poooooooolna, a nad nią szumiał gaj, zielony gaj! Lewa! (Daleko jeszcze?) Lewa! "Mapiarka!" "Dobrze idziemy! Ciągle prosto!" "Ale daleko jeszcze?" "Tak ośle, daleko!" Lewa, prawa, lewa! Gdy na horyzoncie dostrzegliśmy kolejny punkt kontrolny, maszerowało się dziwnie szybciej. Kolejne zadania: zbudować tratwę, mając do dyspozycji kartkę papieru i przyrodę, a następnie ją zwodować. Klasyczne orgiami, udane wodowanie "Zawiszy Czarnego" i 8 punktów (trzeba było jednak użyć tych patyczków :/). Zmierzyć drzewo linijką, czyli matematyka w zastosowaniach. 6 punktów (my nie potrzebowaliśmy nawet linijki). Sprawdzenie umiejętności wiązania węzłów (płaski, szotowy, flagowy, ratowniczy, cumowniczy i inne, byle nie babski) - 10 punktów. Komu w drogę, temu naprzód marsz!

Lewa! Lewa! Daleko jeszcze? Droga stawała się coraz bardziej monotonna. Tak prosta, że aż nudna. Ani się zgubić nie można, znaczy się pozwiedzać, ani wykazać umiejętnością czytania mapy... Ale inteligentny człowiek nigdy się nie nudzi. Dzięki własnej inicjatywie i pomysłowości (ale piękna łąka, zróbmy sobie na niej zdjęcie) udało się nam przezwyciężyć wdzierającą się nudę ("Ułóżmy się w kwiatek i zróbmy sobie takie zdjęcie - " "W mundurach się nie kładzie na ziemi, tak jest w regulaminie." "Regulamin to nie twarde zasady, a jedynie wskazówki, jak postępować - jak mawiał Jack Sparrow."). Pokonanie rowu, aby dotrzeć do ambony, by można było wykonać zdjęcie z lotu ptaka, było zabawnym urozmaiceniem. Po chwili odpoczynku ruszyliśmy w kierunku kolejnego punktu, w którym to musieliśmy się pochwalić wiedzą własną w zakresie budowania, rozpalania i gaszenia ogniska w warunkach polowych bez zapałek, zapalniczki itp. 9 punktów - podział zadań w naszej grupie nie zyskał uznania sędziego.

Trasa była dłuuuuuuuuga i monotonna. W drodze do kolejnego punktu kontrolnego nauczyliśmy się obezwładniać nożownika (Taki kurs samoobrony na uczelni by się przydał, moim skromnym zdaniem.) i opracowaliśmy strategię wykonania kolejnego zadania. Dzięki temu za postawienie i złożenie 10-osobowego namiotu uzyskaliśmy maksymalną liczbę punktów (10). I pamiętajcie, że jeżeli już kompletnie rozłożycie namiot, następną czynnością przed jego "umeblowaniem" powinno być jego okopanie (dh. Ania mnie pouczyła, że polega to na obsypaniu namiotu piaskiem.), aby w razie deszczu Was nie podmyło.

Ostatnim punktem na naszej trasie było odnalezienie pomnika ofiar hitlerowców - 8 młodych osób rozstrzelanych przez wycofujący się po zakończeniu wojny oddział niemiecki 28 stycznia 1945 roku.
Po powrocie do bazy zostało nam jeszcze 1,5 godziny na rozszyfrowanie 6 stron tekstu zapisanego alfabetem Morsa. 6 stron kropek i kresek życiorysu Łopuszańskiego... Ale jeśli nie my, to kto miał dać radę? Co tam dla nas te kilka stron... Rozszyfrowaliśmy, zdaliśmy druhnie oboźnej i po odmeldowaniu wyruszyliśmy na świecowisko.

19.30 - świecowisko
Quiz upewnił nas w przekonaniu, że teraz o Łopuszańskim wiemy wszystko. Moja wrodzona "skromność" nakazuje mi poinformować, że jako drużyna poprawnie odpowiedzieliśmy na wszystkie zadane nam pytania. Po świecowisku... "Czuwaj! I dobranoc bo jutro czeka Was jeszcze jeden marsz." "Tak, na pewno nie będzie gry nocnej." (Szkoda...)

19.04.2009 - Niedziela
7.00 - 8.00 - pobudka, toaleta poranna, śniadanie
Jak to możliwe, że nie mam zakwasów? To chyba dzięki naszej szkolnej rzadko działającej windzie i zaprawie w wędrówkach na czwarte piętro. Jak widać, nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło... Dlaczego wszyscy o tej samej porze muszą skorzystać z łazienki?

8.00 - 10.00 - wymarsz do Dąbcza
Ostatni marsz, ostatnie kilometry... Damy radę! Jeśli nie my, to kto? Jeśli nie dzisiaj, to kiedy? Lewa! (Małe dejavu) Lewa! Lewa, prawa, lewa! (Ok. Pora na małe sprostowanie. Ten ciągły krok marszowy to drobna "ściema" z mojej strony. Tak naprawdę wystarczy zacząć maszerować ok. 50 metrów przed punktem kontrolnym i skończyć 50 metrów za nim, aby sędziowie widzieli, że się potrafi.)

10.00 - 10.30 - podsumowanie rajdu, apel kończący rajd
Victoria!!! Zwyciężyliśmy rajd!!! Nagroda główna - dwuosobowy namiot. Spoko, damy radę, zmieścimy się. Jeśli nie my, to kto? Ale może sprawdzimy to przy innej okazji. Jeszcze tylko rajdowe pamiątki (Maski gazowe tzw. słoniki.) i można zaśpiewać "To już jest koniec..."

30 kilometrów marszu w ciągu jednego dnia, to nie lada wysiłek. I nie lada satysfakcja. I jeszcze też nie lada wspomnienie. Teraz, po tych trzydziestu kilometrach wiem, że jestem w stanie osiągnąć więcej, niż sama bym mogła przypuszczać. Harcerstwo jest super, ale trzeba poczuć do niego powołanie. Ja go nie czuję. Przynajmniej na razie ;) Pewnie wielu z Was czytając ten artykuł dziwiło się, że PWSZ ma swój HK. Owszem - ma. Jeśli ktoś chciałby do nich dołączyć, to zapraszają z otwartymi ramionami (Zbiórki odbywają się w co drugi piątek o 15.30). Plakaty dotyczące swojej działalności rozwieszają na uczelni. Może nie rzucają się w oczy tak jak wywieszka "Winda nieczynna", ale jeśli komuś zależy, to na pewno je zauważy. "Kapselki" obiecały mi, że się postarają być bardziej widoczne, że teraz będzie o nich głośno. Właściwie pierwszy krok ku temu Krąg ma za sobą. Pierwszy start w rajdzie "Bohater" i od razu zwycięstwo. Jestem dumna z tego, że miałam w tym swój udział. Dziękuję Wam Druhny i Druhowie!

Mam nadzieję, że moim opowiadaniem nikogo nie zniechęciłam, ale że wręcz przeciwnie. Bo naprawdę warto przynależeć do ZHP. Umiejętności, które w drużynie czy kręgu można zdobyć, mogą się przydać i prędzej czy później się przydadzą. Właściwie to płyną z tego same korzyści. Poza tym jest to ciekawa forma spędzania wolnego czasu. No i przygoda na całe życie. Bo harcerzem nie jest się przez rok, czy dwa, albo tylko przez dwie godziny w piątki w czasie zbiórek. To postawa na całe życie godna podziwu. I szacunku. Ale przede wszystkim naśladowania.

Czuwaj!

WeSt (pod czujnym okiem dh. Ani)